2. Wspomnienie

Powróciłam ;) Dawno tu nie zaglądałam. Nawet bardzo. Masa nauki, sprawdziany, koniec semestru… Zresztą  może sami wiecie jak to jest. Nie przedłużam już, zapraszam do czytania :) 

-Co się stało? – słaby głos Kowalskiego rozniósł się po pomieszczeniu.

- Wreszcie się obudziłeś! – zawołał z przesadną radością Szeregowy.

- Co się stało? – powtórzył Strateg.

Młodzik zastanowił się chwilę po czym odparł z powagą:

- Wysadziłeś laboratorium.

- Co? Jak to?! – wykrzyknął pingwin, zrywając się z pryczy.

- Nie ruszaj się, jesteś ranny! – ostrzegł go Szeregowy.

Ale było już za późno. Gdy tylko się poruszył, na jego dziobie pojawił się grymas bólu. Opadł z powrotem na pryczę krzywiąc się jeszcze bardziej.

- A nie mówiłem?

Kowalski zignorował jego słowa.

- Gdzie szef? – zapytał.

-Poszedł po bandaże do Marlenki – odparł fan Słodkorożców – powinien być tu lada chwila.

Młodzik uważnie przyjrzał się swemu starszemu koledze. Wyglądał bardzo kiepsko. Jakby w jednej chwili postarzał się o jakieś dziesięć lat. Jego błękitne oczy straciły swój dawny kolor a iskierki, które się w nich tliły, nagle przygasły. Twarz miał inną niż zwykle – poszarzałą, bardziej zmęczoną, a piórka straciły swój dawny blask. To nie był już ten sam Kowalski, którego znał tyle czasu… W tym pingwinie brakowało radości i chęci życia.

- Coś ze mną nie tak? – z przemyśleń wyrwał go głos Stratega.


- Nie, a czemu pytasz? 


- Przyglądałeś mi się… Dość długo, by stwierdzić, że coś jest nie tak – odparł Naukowiec.

Nastała chwila niezręcznej ciszy, przerwana tylko równomiernym tykaniem zegara.

- Zmieniłeś się – powiedział niepewnie Szeregowy.

- Ja się zmieniłem? – zapytał zaskoczony Kowalski.

- Bez przerwy przesiadujesz w laboratorium bez kontaktu ze światem, unikasz rozmów i nawet się już nie uśmiechasz…

- Szeregowy. Ty chyba nie rozumiesz, jak to jest być naukowcem. Chcę zmieniać świat poprzez swoje wynalazki, ale…

- Ale co?

- One mi nie wychodzą. Od miesiąca nie zbudowałem nic konkretnego. Gdy tylko próbuję coś zbudować, to mój wynalazek wybucha…- zakończył ze smutkiem w głosie.

- To może… – zastanowił się młodzik – zrobisz sobie małą przerwę od wynalazków?

- Głupiutki Szeregowy – skarcił go Kowalski – Nauka jest częścią mojego życia. To moje szczęście. Nie ma innego wyjścia niż dążenie do spełnienia swoich ambicji.

- Zawsze jest jakieś wyjście – odparł młodzik – Nic innego nie dawało ci szczęścia?

Strateg pomyślał chwilę. Do jego umysłu wdarły się obrazy z dzieciństwa. Młoda pingwinica o intensywnie zielonych oczach siedząca na huśtawce. Jego przyjaciółka. Był wtedy taki szczęśliwy… 
To wspomnienie sprawiło, że poczuł ból w sercu. Poczucie ogromnej straty.
Widział jej dziecięcą twarzyczkę jak przez mgłę. Minęło już tyle czasu, nim ostatni raz ją widział. I wiedział, że już nigdy nie zobaczy.

- Było coś takiego. A raczej była – odpowiedział uśmiechając się lekko. Po raz pierwszy od wielu dni. Ale w jego oczach był smutek.

- Naprawdę? – zapytał zdumiony Szeregowy.

Ale nie otrzymał odpowiedzi, gdyż przeszkodził im odgłos odsuwanego włazu. Po kilku sekundach do bazy wskoczył Skipper, przystając w miejscu. Twarz miał bez wyrazu, nie dało się odczytać z niej żadnych emocji. W zaciśniętych pięściach trzymał zwitek papieru. Minął ich bez słowa, kierując się do panelu kontrolnego. Wcisnął guzik z windą.

- Szefie, a gdzie są bandaże? – ciszę przerwał głos Szeregowego.

- Poproś Rico, może jeszcze będzie jakieś miał – odparł sztucznie dowódca.

- Ale szefie… Coś się stało?

- Nic się nie stało, Szeregowy – odpowiedział szorsko Skipper.

W końcu – po kilku chwilach, które dla pingwina wydawały się długimi godzinami – winda się otworzyła. Skipper wmaszerował do niej w pośpiechu, opuszczając zaskoczonych towarzyszy. W chwili, gdy drzwi windy się zamknęły, komandos odetchnął z ulgą. Nie zniósłby ciągłych pytań Szeregowego, czy zaciekawionych spojrzeń pozostałych towarzyszy.

Gdy winda ponownie się otworzyła, oczom Skippera ukazało się małe pomieszczenie zapełnione pudłami i przeróżnymi nieużytecznymi przedmiotami. Na części z nich osiadła już gruba warstwa kurzu. Dawno nikt tu nie zaglądał. I rzeczywiście tak było. Stare tekturowe pudła skrywały wspomnienia przypominające mu o dawnych czasach…

Ale przyszedł tu tylko po jedno. Odszukał wzrokiem malukie drewniane pudełko w kolorze mahoniu. Było dokładnie tam, gdzie je ostatnio zostawił. Podszedł i jednym precyzyjnym ruchem skrzydła zgarnął z niego kurz, by potem ostrożnie podnieść wieczko. W środku znajdowało się kilka drobiazgów oraz pożółkły list z dokładnie takim samym symbolem, jak ten wygrawerowany na tym, który otrzymał trening. Ten sam złoty hełm.

Wyciągnął stary list, przywołując bolesne wspomnienia. To tak stracił Manfrediego i Johnsona. Przez posłanie ich na szkolenie, które okazało się wyzwaniem nie do pokonania. Skrzydło zacisnął w pięść, miażdżąc list.
Miał nadzieję, że po raz drugi się to nie powtórzy. Głupia nadzieja! Mógł się tego spodziewać. Niepotrzebnie się łudził. Wciąż obwiniał się za śmierć swoich żołnierzy. Byli tacy młodzi, lekkomyślni i niedoświadczeni…

Nagle zdał sobie sprawę, że teraz jest inaczej. Jego podopieczni nie są jak Manfredi i Johnson. Nauczył ich wszystkiego co sam umiał i teraz był niemal pewny, że dadzą sobie radę. Tym razem nie straci żadnego żołnierza.

- To się nie powtórzy nigdy więcej – powiedział do siebie wkładając obydwa listy do pudełka – Nigdy więcej.

***

Na szczęście Rico miał w żołądku jeszcze jeden bandaż. Był nieco podmokły. Nie było to zbyt higienicznie, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało. Podał go Szeregowemu, który lekko się wykrzywił na widok wilgotnego bandaża, ale mimo to przyjął go od psychopaty. 
Już po chwili młodzik zakładał go na poparzone skrzydło Kowalskiego. Jego skóra była czerwona, pokryta bąblami a gdzieniegdzie brakowało piórek. Nie był to zbyt miły widok więc młodzik odetchnął z ulgą, gdy udało mu się skończyć zakładanie opatrunku. 
W tej samej chwili otworzyła się winda i wyszedł z niej szef.

- Chłopcy, mam dla was wiadomość – powiedział Skipper spokojnym głosem- Jedziemy na szkolenie.

- Co? – zapytał lekko zdezorientowany młodzik.

- Dobrze słyszeliście Szeregowy. Wyruszamy jutro rano. 
Ale zanim to się stanie, musicie mnie uważnie posłuchać. To ma być wasza misja. Wasze szkolenie. Musicie być ostrożni. Każdy niewłaściwy ruch może sprowadzić na was nieszczęście. 


- A ja uważam, że udziela się szefa paranoja – powiedział Kowalski – z mojego punktu widzenia, szkolenie ma za zadanie uczyć nowych umiejętności i… 


-Ja wcale nie żartuję – przerwał mu Skipper – Czy naprawdę chcecie skończyć jak Manfredi i Johnson? W basienie sam na sam z piraniami? Chcecie tego, Kowalski?!


Naukowiec szybko pokręcił głową.


-A więc bądźcie gotowi. Wyruszamy jutro rano.


I odszedł.



Z powodu, że tak długo nie pisałam, pewnie niektórzy pomyśleli, że porzuciłam bloga. Ale tak się nie stało. Byłam okropnie zawalona nauką. W końcu jestem w 2 gimnazjum i nauczyciele wciąż powtarzają, że mamy najwięcej nauki. I tak jest ;______; Zwłaszcza pod koniec semestru. Może już nie nawijam tak o nauce, tylko zadam wam pytanie: Jak podobała się wam nowa notka? Zapraszam do komentowania :D Chciałabym wiedzieć, czy wciąż odwiedzacie mojego bloga… Kolejny wpis już wkrótce ;)
Nie pozostało mi nic innego jak życzyć wam Wesołych Świąt :)
Do napisania :D
 

1. List

I tą właśnie notką rozpoczynam zupełnie nowe opowiadanie ;) Mam nadzieję, że wam się spodoba ^.^ Już więcej nie przedłużam, czytajcie :)

To miało być kolejne zwykłe popołudnie. Czwórka pingwinów siedziała w bazie, grając w kolejną karcianą grę, której zasady Skipper wymyślił na poczekaniu. Teraz dowódca uśmiechał się lekko. Bowiem przed nim leżała już niemała kupka śledzi i kilka drobiazgów takich jak dynamit, czy zabawka Szeregowego.

- Szefie, a tak w ogóle to o co chodzi w tej grze? – zapytał fan Słodkorożców.

- Nie martwcie się Szeregowy, nauczycie się w trakcie grania – odparł Skipper z miną specjalisty.

Komandos usłyszał tylko pomrukiwania reszty załogi.

- Kowalski, teraz wasza kolej – powiedział wystawiając dziób zza kart.

Strateg nie odpowiedział. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w swoje karty. Myślami znajdował się już bardzo daleko stąd.

- Kowalski, słyszycie mnie?

Cisza.

Rico podniósł się z miejsca i pomachał skrzydłem przed dziobem naukowca.

- Juhu! – wybełkotał raz po raz powtarzając czynność.

Przestał dopiero wtedy, gdy napotkał karcące spojrzenie dowódcy. 
Nagle naukowiec zerwał się z miejsca, wyrwany z transu. Rozsypał wszystkie karty i pobiegł prosto do laboratorium, po drodze potrącając Rico, który stał tuż obok niego.

Psychopata chciał posłać mu wściekłe spojrzenie, ale nim zdążył cokolwiek zrobić drzwi do laboratorium zamknęły się z hukiem. Rico podniósł się z podłogi i wrócił na swoje miejsce burcząc coś pod dziobem.

- Co mu się znowu stało? – zapytał fan słodkorożców.

- Szeregowy, nigdy nie próbujcie zrozumieć szaleńca, bo i tak wam się to nie uda. Z Kowalskim jest jak z kobietami. Nigdy nie wiadomo o co im chodzi – odparł Skipper kładąc skrzydło na ramieniu młodzika.

- To Kowalski jest kobietą? – zapytał zdziwiony młodzik.

Za to pytanie Skipper dał mu plaskacza.

- Nie – odparł – gdyby był kobietą to nosiłby na głowie dużą kokardę. Czy widzieliście, żeby Kowalski nosił kokardę?

Pingwin pokręcił przecząco głową.

- W każdym razie powinniśmy zachować ostrożność – powiedział Skipper zmieniając temat – w każdej chwili „to coś” nad czym pracuje Kowalski może…

- KABOOM! – wtrącił się psychopata.

- Lepiej bym tego nie ujął, Rico – pochwalił go dowódca.

Po chwili jednak komandosi powrócili do gry zapominając o tym incydencie. Mimo, że Szeregowy i Rico bardzo się starali to i tak byli bez szans. Skipper co rusz zmieniał zasady, zanim ktokolwiek połapał się jak grać. I dzięki temu był niepokonany.

W pewnej chwili powietrze rozdarł ogłuszający huk. Siła wybuchu wyważyła laboratoryjne drzwi i odrzuciła komandosów na pobliską ścianę tym samym pozbawiając ich przytomności.

***

W całym laboratorium unosił się duszący dym. Gdzieniegdzie walały się szczątki przeróżnych urządzeń, probówek czy pojemników. W rogu pomieszczenia leżał nieprzytomny Kowalski, który powoli odzyskiwał świadomość. Czuł się okropnie.

Ból przenikał całe jego ciało. Zupełnie jakby ktoś nakłuwał igłami każdą cząsteczkę jego czarno-białego ciała. Ale najgorszy był palący ból w lewym skrzydle. Jakby ktoś żywcem obdzierał go ze skóry czerpiąc przy tym przyjemność. Z trudem otworzył oczy i spróbował się podnieść.

Bez rezultatów. Natomiast przeszył go jeszcze większy ból. Mimo tego przekręcił głowę, by zerknąć na to w jakim stanie jest lewe skrzydło. Na jego dziobie momentalnie pojawiło się przerażenie. Jego skrzydło… paliło się!

Chciał krzyczeć, ale coś odebrało mu mowę. Mógł tylko patrzeć jak czerwone języki ognia pochłaniają jego skrzydło. 
W końcu – po kilku bardzo bolesnych minutach – odzyskał panowanie nad swoim ciałem.

Nie zważając już na skutki zerwał się z podłogi i zaczął gorączkowo biegać w kółko z kruchą nadzieją, że ogień zgaśnie. W pewnym momencie potknął się o jakiś metalowy przedmiot i runął na ziemie.

- Pomocy! – zdążył krzyknąć, nim znów pochłonęła go wszechstronna ciemność.

***

Pierwszy z podłogi podniósł się Skipper. Zdezorientowany rozglądnął się po pomieszczeniu, by w końcu zatrzymać wzrok na wyważonych drzwiach. I dotarło do niego co tak właściwie się stało.

- No tak, to wszystko sprawka pana K i jego nowego wynalazku – westchnął.

Podniósł z podłogi kartę i uważnie się jej przyglądnął. Miała lekko zwęglone rogi, a na dodatek jakiś żarzący odłamek wypalił w niej dziurę. Jednym słowem – nie nadawała się już do niczego.

- Chłopcy, wstawać! Nie ma czasu do stracenia! – krzyknął Skipper wyrzucając kartę za siebie.

Usłyszał tylko ich jęki.

- Jesteście komandosami czy babami? Wstawać natychmiast!

Tym razem błyskawicznie podnieśli się i nieco chwiejnym krokiem podążyli za swoim dowódcą. Ten stanął na progu laboratorium i rozglądnął się uważnie.

Dym unoszący się w pomieszczeniu nie wyglądał groźnie, ale i tym razem Skipper musiał być ostrożny. Nigdy nie wiadomo, co Kowalski tym razem namieszał. Ten dym może być trujący.

- Rico, maski gazowe! – rozkazał po uważnej analizie sytuacji.

Psychopata rozdał sprzęt i po chwili już wszyscy z wyjątkiem Szeregowego byli gotowi do akcji. Młodzik rozmasowywał skrzydłami bolący dziób, gdyż dziwnym trafem maska wypluta przez Rico nie trafiła doc celu.

- Sorry – wybełkotał psychopata z przepraszającą miną.

- Rozpoczynamy akcję ratunkową – powiedział Skipper, gdy już wszystko było gotowe – Rico, wy zajmiecie się ugaszeniem ognia.

Zadowolony pingwin wypluł gaśnicę i ruszył przed siebie, bełkocząc coś radośnie.

- Rico, tylko nie szalejcie z tym za bardzo! – krzyknął za nim szef.

Ale psychopata tego już nie słyszał. Biegał na oślep nie zważając na nic. Dowódca mimowolnie się uśmiechnął. W Rico było cośco ruszało jego serce. Zachowywał się jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę. Dosłownie tryskał radością i szczęściem. A że Rico nie był normalny – cieszył się na swój psychopatyczny sposób.

- A ja co mam robić? – z przemyśleń wyrwał go głos najmłodszego komandosa.

- Wy Szeregowy pomożecie mi znaleźć Kowalskiego – odparł.

- Szefie, ja chyba go już znalazłem – odpowiedział fan Słodkorożców.

- Gdzie on jest?

Młodzik wskazał płetwą na jeden z rogów pomieszczenia. Rzeczywiście mimo gęstego dymu wypełniającego laboratorium dało się dojrzeć ciemną postać leżącą na na ziemi. Szeregowy podbiegł bliżej i aż przystanął z wrażenia.

Widok był przerażający.
Kowalski leżał w nienaturalnej pozycji jak jakaś szmaciana laleczka, porzucona, pozostawiona na pastwę losu.
Białe piórka – zwykle czyste i zadbane – miał ubrudzone sadzą. Jego twarz wyrażała ból i cierpienie.

- Mamy rannego – oznajmił dowódca – Szeregowy, pomóżcie mi go stąd wynieść.

Młodzik posłusznie wykonał polecenie Skippera. Delikatnie pomógł podnieść rannego komandosa i razem z dowódcą zanieśli go na pryczę w głównym pomieszczeniu.

- Jego skrzydło… – wydusił Szeregowy.

- Ciężkie poparzenie – skomentował Skipper – zostań przy nim chwilę, a ja pójdę po bandaże do Marlenki.

Po tych słowach dowódca wyskoczył przez właz. Gdy znalazł się na powierzchni ściągnął maskę gazową i głęboko odetchnął. Brakowało mu świeżego powietrza. Nawet bardzo.

Pingwin rozglądnął się po ZOO. Niebo ściemniało, pokrywając się grubymi chmurami. Lada chwila mogło zacząć padać.

-”Trzeba się pospieszyć” – pomyślał komandos opuszczając mieszkanie.

Ale w pewnej chwili coś przykuło jego wzrok. Na wysepce w rogu ich habitatu leżało coś białego.

- „To pewnie jakiś śmieć” – przeszło mu przez myśl.

Ale ciekawość wzięła górę. Skipper podszedł i podniósł „to coś” co okazało się śnieżnobiałą kopertą. Komandos ze zdziwieniem spostrzegł, że na wierzchu czarnym tuszem zostało starannie wygrawerowane jego imię.

Jednym ruchem otworzył kopertę, by sprawdzić jej zawartość. Był tam tylko list. W górnym rogu kartki znajdował się mały znaczek. Wygrawerowany złoty hełm. Skipper zbladł. Dobrze znał ten znaczek. Zbyt dobrze wrył się w jego wspomnienia, by mógł o nim zapomnieć. Wiedział, że to nie mogło wróżyć nic dobrego.
I miał rację.

 

Jak podobała wam się pierwsza notka mojego nowego opowiadania?
Jak myślicie o co chodzi z tym listem?
Czego spodziewacie się po następnej notce?

Czekam na wasze opinie :D

Pozdrowionka :**

Kilka słów o nowym opowiadaniu…



Więc… Tak na początek powiem, że bardzo ciężko było mi pożegnać się z Cassie. Tyle czasu jej poświęciłam i bardzo się z nią zżyłam, ale w końcu nadeszła chwila, gdzie musiałam powiedzieć jej ADIOS! 

I zacząc wszystko od nowa. Będzie mi jej bardzo brakowało :(


Mam teraz nowe możliwości, nowe koncepcje,które chcę w pełni wykorzystać. Piszę już o wiele lepiej niż na początku :D Wtedy stawiałam pierwsze kroki w pisarstwie. Można powiedzieć, że byłam jak małe dziecko, które dopiero uczy się chodzić, chwiejąc się i przewracając :D Miałam na myśli to, że także miałam swoje wzloty i upadki w dążeniu do celu.



Ale końcu nadszedł moment rozpoczęcia zupełnie nowego opowiadania. Pojawią się nowe postacie, o wiele więcej przygód czasem wesołych, smutnych czy mrożących krew w żyłach…

Postanowiłam także bardziej skupić się na Rico i jego perypetiach. Trzeba przyznać, że lubię tego psychopatę xD
A co do Doris:
W tym opowiadaniu nie istnieje. To tak jakby Kowalski jej nigdy nie poznał. Owszem lubię ją, ale w tym opowiadaniu nie ma dla niej miejsca.


Mam nadzieję że czytając moje nowe opowiadanie pośmiejecie się, ale także uronicie nie jedną łzę… 

I że dalej będziecie chcieli czytać moje bazgroły ;) Bez was ten blog już by nie istniał :)


Do napisania!


Rozdział 27 „Ostatnie wspomnienie”

Zanim zaczniecie czytać, włączcie sobie tą piosenkę: http://m.youtube.com/watch?v=LqI78S14Wgg Tworzy nastrój opowiadania :)

Gdy pierwsza strużka krwi wypłynęła z rany na ciele Szeregowego, do Cassie dotarła wstrząsająca prawda. Przez kilka sekund stała jak sparaliżowana.

Jakby nie wierzyła, że to wszystko się zdarzyło. Jakby wszystko było tylko sennym koszmarem, który w pewnej chwili się urwie zostawiając po sobie niemiłe wspomnienie. Ale tak nie było.
Otrząsnęła się z chwilowego szoku i podbiegła do młodzika. Jego przerażone oczy były skierowane wprost na nią. Uklękła przed nim i drżącym skrzydełkiem dotknęła jego ramienia. Lepka czerwona ciecz ubrudziła jej piórka, napełniając ją jeszcze większym przerażeniem.

Pingwin leżał w małej kałuży krwi powoli się wykrwawiając. Nic nie dało się już zrobić. Żaden lekarz nie zdołałby mu już pomóc. Ostrze utkwiło głęboko w jego brzuchu skazując go na pewną śmierć. Jego klatka piersiowa nieznacznie się poruszała. Więc jeszcze żył.

Blondynka nagle usłyszała cichy szept, który wyrwał ją z gorączkowego analizowania sytuacji.

- Cassie… – wyszeptał maluch z wielkim trudem.

- Szeregowy nie umieraj, proszę – odszepnęła dziewczyna łamiącym się głosem.

-Co ma być to będzie… Ale nie zostawiaj mnie samego, proszę.. – wyszeptał spokojnie fan słodkorożców.

- Nie mam takiego zamiaru – odparła – zostanę przy tobie… do samego końca.

Pingwinica w nagłym geście chwyciła go za skrzydło i mocno uścisnęła.

- Nie zapomnisz o mnie? – jego głos był ledwo słyszalny.

Życie uchodziło z niego jak z pękniętego balonu.

- Nie zapomnę. Nigdy – odszepnęła.

- Dziękuję…

Na jego dziobie na moment pojawił się lekki uśmiech.
A potem zgasnął wraz z iskierką życia, która jeszcze się w nim tłiła. Jego oczy zastygły, pojawiła się w nich wszechstronna pustka. I nic więcej.

Emocje, które nią targały w końcu znalazły ujście. Po bladych policzkach Cassie zaczęły płynąć gorzkie łzy. Jedna po drugiej skapywały na nieruchome ciało przyjaciela. Gdyby tylko mogły przywrócić mu życie…

Minęło kilka chwil, może kilka minut nim Cassie podniosła się z ziemi. Otarła łzy i ostatni raz spojrzała na Szeregowego. Jej oczy zapłonęły błękitnym ogniem. A potem odwróciła się od ciała komandosa i ruszyła do walki. Żądając zemsty.

***

Skipper jak na razie dobrze radził sobie w walką krabami. Przeważał ich wszystkich doświadczeniem i latami ciężkich treningów. Ale kraby nie były jego głównym celem. Chciał rozprawić się ze swoim arcy- wrogiem. Raz na zawsze.

Rozejrzał się w około. Zobaczył drobną Cassie zmierzającą w jej stronę. Zaskoczył go wygląd pingwinicy. Piórka miała oblepione szkarłatną cieczą, która silnie kontrastowała z jej białą twarzyczką. W błękitnych oczach była zaciętość. I coś jeszcze…

Niewyobrażalny smutek, jak rozciągająca się czarna otchłań. Nie, to nie była ta sama dziewczyna, którą znał już tyle czasu. Nie była już drobną i uroczą pingwinicą o radosnych oczach, którą dobrze znał. Te wszystkie wydarzenia zmieniły nie do poznania.

- Co się stało? – zapytał dowódca
.

Dziewczyna sprawiała wrażenie jakby nieobecnej. Przeczuwał, że stało się coś złego.

- Szeregowy poległ – powiedziała cicho, wpatrując się gdzieś w dal.

Cios.

Te słowa trafiły Skippera w samo serce.

- Wykrwawił się – dodała cicho.

Kolejny cios w serce.


Dlaczego Szeregowy? Przecież to mogłem być ja! -pomyślał dowódca – On był taki młody… Zbyt młody na śmierć. To przecież było jeszcze dziecko!


- Idź zawiadom o tym resztę drużyny, ja poradzę sobie tu sam – powiedział bezbarwnie po chwili namysłu.


Dziewczyna kiwnęła głową i pobiegła do reszty oddziału, Skipper natomiast zatopił się w swych myślach. Ale nie na długo. Po kilku minutach usłyszał za sobą szyderczy śmiech. Bez wachania poznał do kogo należy.

- Bulgot – wysyczał komandos, stając twarzą w twarz ze swoim największym wrogiem – przysięgam na wszystko, że cię teraz zabiję. Będziesz się smażył w piekle.


- Doprawdy Skipper? – zaśmiał się – Obawiam się, że nie spełnisz swojej przysięgi. Bo to ja zabiję ciebie.


Komandos zmierzył go morderczym spojrzeniem. Jego oczy zapłonęły ogniem.


- Twój oddział jest za słaby. Nigdy nie pokona moich krabów, a te dziewczyny… Je można złamać jak spróchniałą gałązkę – powiedział delfin podjeżdzając bliżej pingwina – przyznaj Skipper, tym razem przegrałeś.


Te słowa doprowadziły pingwina do furii. Już nic nie mogło powstrzymać go od zaatakowania wroga.
Aż kipiał od niepohamowanej wściekłości.

- Doigrałeś się Bulgot! – wykrzyknął komandos rzucając się na delfina.

Rozpoczęła się walka na śmierć i życie. Śmierć wisiała w powietrzu, czychając na swoją ofiarę. Już nie było odwrotu.


***

Kowalski z trudem radził sobie z grupką krabów, które wciąż go atakowały. Gdy kilku pozbawiał przytomności, to w ich miejsce pojawiały się nowe. Bez końca. Z tym samym problemem zmagała się brązowooka Candy, ale jakoś dawała radę. Mimo, że oboje byli już bardzo zmęczeni, walczyli dalej. Nie mogli się poddać. Nie w tej chwili.

W końcu z opresji wyratował ich Rico. Wpadł w sam środek walki z piłą motorową, masakrując wszystko co czerwone na swojej drodze. Powietrze natychmiast wypełnił ostry zapach krwi. Psychopata nawet się tym nie przejął, gdyż miał wprost szampański humor. W końcu robił to co lubił – siał zniszczenie.

Trójka pingwinów w końcu mogła odetchnąć z ulgą. Ale nie na długo. Po chwili przybiegła Cassie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, choć z całych sił próbowała to ukryć.


- Szeregowy nie żyje – powiedziała zdyszana.


- Co?! – krzyknęła z niedowierzaniem Candy;


Blondynka spuściła głowę.


- Parker zabił go na moich oczach.


Dziób Kowalskiego wykrzywił się w grymasie, który po chwili zniknął, ustępując smutkowi. Podszedł do blondynki i mocno ją objął. Cała się trzęsła, ale w jego ramionach końcu się uspokoiła.


- Będzie dobrze – powiedział czule głaszcząc ją po włosach.


Candy spojrzała na nich znacząco. Ta scena nie umknęła nawet Rico. Wbił zaciekawione spojrzenie w tulącą się parę.


- To wy jesteście razem? – zapytała brunetka.

- Yyyy tak – odparł zmieszany Strateg.


- Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? – zapytała Candy, udając urażoną. 


Po chwili jednak uśmiechnęła się promiennie, na chwilę zapominając o ciężkich chwilach.


- Cass, nie daruję ci, jeśli nie wyjawisz mi szczegółów – zażartowała.


Nawet w takiej sytuacji Candy zachowała swoją dawną żartobliwość.
Lecz chwilowa aura szczęścia zniknęła w chwili, gdy usłyszeli głos Parkera, który nagle pojawił się kilkadziesiąt metrów od nich.


- Zgrywacie Romea i Julię? Nieszczęśliwi kochankowie chcą się pożeganać? – krzyknął sarkastycznie dziobak.


- Dlaczego nieszczęśliwi? – zapytała zdziwiona Cass.


- Bo zaraz umrzesz – odparł dziobak – tak jak twój koleżka.


- Zabiję go! Zabiję! – wykrzyknęła pingwinica.


Nie mogła już dłużej wytrzymać sarkastycznego uśmiechu dziobaka. Wyrwała się Kowalskiemu i pobiegła przed siebie.


- Cassie, poczekaj! – zawołał Naukowiec.


Następne wydarzenia rozegrały się wciągu kilku sekund. Po słowach pingwinki dziobak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Zza siebie wyciągnął lśniący sztylet z okrutnie zakrzywioną klingą. Zamierzał przebić nim drobne ciało pingwinki, nim ta zdąży go zaatakować.

Ale ta ani myślała o odwrocie, mimo, że wiedziała, że ten krok jest dla niej jak samobójstwo. Poświęci się. Dla Szeregowego. I nie podda się bez walki, puki nie pomści śmierci młodzika. Zostało kilkanaście metrów.

Ogarnął ją strach. Nie! Nie może teraz odpuścić.


Kilka metrów. Przygotowała się na cios. Ale nim dziobak zdążył zatopić ostrze w ciele dziewczyny, jego serce przeszyła strzała.

Przerażona dziewczyna upadła na podłogę i zalała się łzami. To ona miała go pokonać, albo zginąć za Szeregowego! I umarłaby, gdyby nie Rico i jego celność.
Kilka sekund później podbiegł do niej Kowalski. Objął ją i pozwolił, by łzy jak małe diamenty, płynęły z jej błękitnych oczu.

- Oszalałaś?! – to były pierwsze słowa, które usłyszała.

Ale nic nie zdążyła odpowiedzieć. Zalana łzami i skrajnie wycieńczona po prostu zemdlała.

***

Skipper musiał się ukryć. Chociaż na chwilę. Zaraz po tym, jak rzucił się na Bulgota, on chciał użyć przeciwko niemu laser. I to nie byle jaki. O błękitnej wiązce, mogący wysłać do innego wymiaru. A pingwin nigdzie się nie wybierał.

Musiał jak najszybciej coś zdziałać. Rozglądnął się, gorączkowo poszukując czegoś, czym mógłby się obronić. Na próżno. Musiał więc działać po staremu. Wyszedł z ukrycia i w kilka sekund znalazł się przy swoim wrogu. Nim ten zdążył zareagować, Skipper zwalił go ze segway’a, wytrącając mu z płetw laser. Pingwin wziął do ręki urządzenie i z triumfalnym uśmiechem skierował laser prosto w Bulgota.


- Jakieś ostatnie słowa? -zapytał komandos.


- BULGOT WRÓCI! – wkrzyknął bezradny delfin. Nie miał szansy na ratunek… Czekał tylko na ostatni ruch. Gdy Skipper trafił w niego laserem, delfin zniknął bez śladu.
Na zawsze utkął w innym wymiarze.

Nagle pomieszczenie ogarnęła cisza przerywana cichymi głosami reszty towarzyszy. Każdy z nich się zmienił. Każdy poznał, jak kruche jest życie.
Zaznali okrucieństwa, które nie ma granic. A teraz… Już nic nie będzie takie samo. Nikt nie wypełni pustki. W sercach już na zawsze pozostanie czarna dziura. A ci, co odeszli pozostaną ostatnim wspomnieniem skrywanym głęboko w sercu…

Wybaczcie, ale ostatnio nie miałam czasu na pisanie. To szkoła, kilka testów… :( Ech…
Co do notki… To był już ostatni rozdział tego opowiadania. Wkrótce zacznę nowy z innymi postaciami. Trochę bardziej mroczniejszy… Ale o nowym opowiadaniu opowiem wam w osobnej notce :)
Jak podobał się wam ostatni rozdział o Cassie i reszcie?
Zaskoczyło was coś?
Zapraszam do komentowania :D
Napisałabym coś jeszcze, ale litery zlewają mi się w jedno, więc nie mogę pisać dalej. .
Ewentualne błędy poprawię dopiero jutro :D I jeszcze jedno: Coś mi się pomieszało w edycji i wychodzi, że dzisiaj jest 9 października, ale postaram się to naprawić xD
Pozdrowionka :****

Rozdział 26 „Walcz do końca”

Gdy do szarego pomieszczenia wpadł pierwszy promyk ostrego światła, Skipper zdążył już odzyskać przytomność. Podniósł się z zimnej podłogi, lekko zdezorientowany. Przetarł oczy skrzydłami i rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu.

Wszędzie dominowała szarość. Gołe ściany bez żadnych mebli czy okien. Jedyne, na czym można było zaczepić wzrok były drzwi. Srebrne i masywne, wykonane zapewne ze stali. Miały małe kwadratowe okienko z dwoma prętami umocowanymi pośrodku.

Po chwili do Skippera dotarło, że znajduje się w czymś na wzór celi, zamkniętej na klucz, a tuż bok niego leżeli nieprzytomni komandosi i Candy. Brakowało tylko dwóch osób – mózga oddziału, oraz drobnej i niezdarnej blond pingwinicy. Dowódca miał nadzieję, że jednak nie wpadli w pułapkę i teraz planują odbicie drużyny z tego okropnego więzienia.

Jego nadzieja rozsypała się w proch, gdy otworzyły się drzwi i w progu stanęło kilka krabów. Wnieśli do pomieszczenia dwie czarno-białe postacie i niedbale położyli ich nieprzytomne ciała w kącie. Skipper zmierzył ich wzrokiem pełnym nienawiść. Przygotował się do walki z nimi i już chciał skoczyć na przeciwników, gdy jakaś siła nie pozwoliła mu się podnieść. Dopiero teraz zorientował się, że jego nogi są przykute łańcuchem do podłogi. Zrezygnowany usiadł i głęboko westchnął.

Swój wzrok skierował na Cassie. Leżała w nienaturalnej pozycji, a rozczochrane złote włosy zakrywały większość jej ślicznego dzióbka tworząc smutny obraz. Dowódca poczuł ucisk w swej żołnierskiej piersi. To była jego wina. Nie mógł sobie tego wybaczyć. Uczucie to ściskało jego komandoskie serce i nie pozwalało normalnie funkcjonować.
Wciąż nie rozumiał jak mógł dać się tak zaskoczyć? Jak mógł pozwolić, by kraby obezwładniły ich wszystkich gazem usypiającym, gdy tak beztrosko spędzali czas na grze w karty…

A teraz musiał zapłacić za swoje błędy i siedzieć w obskurnej klitce ze świadomością, że w każdej chwili jego żołnierze mogą stracić życie.
Nie przejmował się nawet swoim losem. Zginie, czy nie zginie… Cóż to za różnica? Marlenka umarła i już nie ma dla kogo żyć. Bo co to za życie bez ukochanej osoby? Ale jeśli straci któregoś z swoich przyjaciół, już nigdy sobie tego nie wybaczy.

I wtedy Bulgot wygra. A to nie wchodzi w grę.


Jego rozmyślania przerwało krótkie stuknięcie i syczenie.
Chwilę później ulatniający się gaz odebrał mu świadomość i sprawił, że znów pochłonęła go wszechstronna ciemność.

***
Ciemność powoli ustępowała. Przed oczami Skippera ukazała się rozmazana sylwetka, która powoli stawała się wyraźna. Pingwin zamrugał kilka razy, jakby niedowierzał temu, co właśnie zobaczył.

- BULGOT! TY DRĘTWY DAKTYLU! – wykrzyknął zaraz po odzyskaniu pełnej świadomości.

Bowiem naprzeciw komandosa stał znienawidzony delfin na swoim segway’u. Obok pingwina do ściany przykuto resztę oddziału. Wszyscy byli już przytomni i bacznie obserwowali Bulgota.

- Też tęskniłem Skipper – odparł ze śmiechem.

- Jesteś najgorszym parszywcem jakiego kiedykolwiek spotkałem – wysyczał komandos.

- Miło słyszeć takie słowa od swego arcy-wroga – odpowiedział zadowolony Bulgot.

Skipper tylko prychnął.

- W końcu nadszedł czas zemsty na moich arcywrogach za wcześniejsze udaremnnione zemsty – na twarzy delfina pojawił się chytry uśmieszek.

- Aż tak ogarnęła cię żądza kolejnej zemsty, że posunąłeś się do zabicia własnej siostry?

- Nigdy nie byliśmy sobie szczególnie bliscy – rzucił obojętnym tonem.

Skipper posłał mu nienawistne spojrzenie. Przez tą całą Doris omal nie stracił żołnierza.

- Skończmy już te pogaduszki – uciął Bulgot – Czas was zniszczyć. Parker, jesteś już gotowy?- zwrócił się gdzieś w ciemność.

- Zawsze i wszędzie – odparł dziobak wyłaniając się z ciemnego kąta pomieszczenia.

W łapach trzymał mały nóż. Lśniące ostrze kontrastowało z jego dziobem wykrzywionym w okrutnym uśmieszku. Pingwiny wzdrygnęły się na jego widok.

- Sprawię wam prezent i pozwolę wybrać sposób w jaki Parker was zabije – powiedział Bulgot podjeżdzając swoim segway’em do dowódcy oddziału – Ale z tobą Skipper rozprawię się sam.

Kolejne sekundy mijały, a on wciąż nic nie wymyślił. Mimowolnie jego wzrok powędrował w bok. Stał tam panel z różnymi przyciskami. Najbardziej rzucał się oczy duży niebieski guzik, zapewne od pułapki. 


- „W bazie był podobny” – pomyślał Skipper – „Zaraz, zaraz… Przycisk od pułapki! „



Plan już pojawił się w jego głowie. Bardzo ryzykowny , ale mimo wszystko musiał spróbować. Wykorzystał chwilę, gdy Bulgot odwrócił się od nich i na 
migi porozumiał się z Rico. Psychopata miał wyrzygać bombę dymną, by choć na chwilę zapanował chaos.

- I jak pingwinki, zdecydowaliście się już jak chcecie umrzeć? – zapytał delfin zadowolonym głosem zupełnie nie spodziewając się tego, co ma nadejść.


- Rico, teraz! – wykrzyknął Skipper i nim Parker zdążył doskoczyć do psychopaty, bomba dymna wybuchła. 


Komandos teraz musiał działać jak najszybciej. Miał kilka sekund, by końcem stopy wcisnąć guzik, znajdujący się tak blisko niego. Na nic. 

Szary dym powoli opada, przywracjąc widoczność. To jego ostatnia szansa. Po raz kolejny sięgnął stopą do przycisku. Tym razem się udało.

Po chwili cała szóstka jest wolna. Bulgot coś wykrzyknął i do pomieszczenia wpadł cały oddział krabów, atakując więźniów. Rozpoczyna się walka. Na śmierć i życie. Skipper wraz z Rico od razu rzucają się w wir walki. Reszta wciąż stoi w jednym miejscu.


- Ja… boję się – szepnęła Cassie.

- Dasz radę, Cass! – krzyknął Kowalski
chwytając ją za skrzydło -

Wierzę w to!
Po tych słowach puścił ją i pobiegł na pomoc reszcie odziału. Dziewczyna wciąż stała w miejscu. Nagle zaatakował ją jeden z krabów. Na początku nie wiedziała co robić, lecz zdała się na swój instynkt i powaliła przeciwnika jednym ciosem.

Rozglądnęła się na wszystkie strony. Kątem oka spostrzegła, że Kowalski nie za dobrze radzi sobie z przeciwnikami.
Zaczęła biec do wysokiego pingwina, gdy nagle coś powaliło ją na ziemię i pozbawiło tchu.

- I co dziewczynko mi zrobisz? – powiedział Parker przygniatając ją do ziemi.

- Nie jestem żadną dziewczynką! – syknęła z furią pingwinica.

- Szkoda byłoby zmarnować taki śliczny dzióbek – wysyczał z ironią w głosie – ale on już ci się nie przyda.

Dziobak sięgnął po mały nóż, leżący niecały metr od nich. Widząc ostrze, pingwinka próbowała szarpać się na wszystkie strony, ale to nic nie dało. Psychopata mocniej docisnął ją do ziemi, sprawiając tym samym, że poczuła przeszywający ból w lewym skrzydle. Wykrzywiła się z bólu.

Parker zaśmiał się krótko i uważnie przyjrzał się lśniącej klindze.
Po chwili koniec ostrza znalazł się niebezpiecznie blisko dziewczyny. Z całych sił zacisnęła oczy, gdy zimny metal zetknął się z jej skórą. Czuła jak wróg końcem noża obrysowuje jej dziób.Potem usłyszała jego przepełniony drwiną głos.

-Jakieś ostatnie życzenie? Chcesz posłać swojemu kochasiowi ostatniego buziaka? – wycedził dziobak bawiąc się ostrzem noża.

Jego twarz przybrała wyraz triumfu.

- Nie ma na co czekać, bierzemy się do roboty – powiedział i zaczął powoli kaleczyć dziewczynę.

Nagle napastnik krzyknął z bólu i poderwał się z ziemi na krótką chwilę o niej zapominając. Okazało się, że to Rico zaatakował go sztyletem i pobiegł dalej kalecząc każdego napotkanego przeciwnika. Parker pobiegł za nim.

Blondynka znów zaczęła rozglądać się po polu walki. Szeregowy coś krzyczał. Do niej. Podbiegła do niego bliżej, by usłyszeć, co chciał jej przekazać.

- Za tobą! – krzyczał Szeregowy.

Nim zdążyła się odwrócić, usłyszała świst noża przecinającego powietrze tuż koło jej głowy i zatrzymującego się na czymś, co wcale nie było ścianą. A potem najmłodszy pingwin zatoczył się i upadł z głuchym odgłosem na podłogę…
CDN.

Dawno nie publikowałam nowej notki… Nie miałam dużo czasu. Mam dużo nauki, a poza tym każdą wolną chwile poświęcam na przeczytanie „Krzyżaków” ;____; Ale w końcu wyskrobałam rozdział.

Jak podobała się wam ta notka?
Jak myślicie, co się zdarzy w zakończeniu? Czy Bulgot pokona pingwiny?
W końcu to był przed ostatni rozdział pierwszego opowiadania…

Czekam na wasze opinie :)
Pozdrawiam :)

Rozdział 25 „One moment”

Uwaga! Notka została napisana pod silnym wpływem książki i filmu Intruz (możecie rzygać tęczą po przeczytaniu :D) Ale końcówka jest już … sami się dowiecie  :)

Nie przedłużam już :) Zapraszam do czytania :)

Pingwin długo wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknęła Cassie. Obserwował miejsce w nadziei, że dziewczyna jeszcze wróci. W końcu – pozbawiony nadziei i zniechęcony zapadającą ciemnością – powoli skierował się w stronę ZOO.

Nie wiedział co powiedzieć zmartwionej Candy. Nie udało mu się zatrzymać Cassie i teraz czuł się winny. Przygniatała go świadomość, że ta bezbronna, drobna blondynka włóczy się sama po świecie pełnym niebezpieczeństwa.

W bramie czekała już na niego Candy.
Na jego widok posmutniała, ale po chwili ogarnęła się i jej twarz była pozbawiona wyrazu.

- Wiesz, chyba przyszedł czas, bym ci coś wyjaśniła -rzuciła prosto z mostu, gdy komandos przystanął koło niej – Pewnie zastanawia cię dlaczego nasza przyjaciółka odeszła. Powinieneś poznać całą historię.

- Opowiadaj.

- Nie znalazłam się tu w Nowym Jorku przypadkiem. Cass mnie tu sprowadziła, bym coś dla niej zrobiła. Nie mogła patrzeć na twoje cierpienie po stracie Doris. W końcu sama przeżyła coś podobnego. Tylko, że ona miała o wiele gorzej… – zaczęła swą opowieść.

Pingwin słuchał z uwagą. Czasem przerywał, by dopytać się o szczegóły, albo z niedowierzaniem kręcił głową.

- I tak znaleźliśmy się w tej sytuacji – zakończyła kilka minut później, wzdychając z wyraźną ulgą.

Opowiedziała mu wszystko. Każdy szczegół planu z wyjątkiem małych komplikacji z ostanich dni. Pingwin ze zdumieniem na nią patrzył. Wciąż nie wierzył, że te dwie pingwinice uknuły taki dobry plan. To było dla niego tak sprytne, że aż nieprawdopodobne.

-” Chętnie wróciłbym do mojego miejsca nad wodą, by wszystko przemyśleć „- pomyślał.

Nagle go olśniło.

- Jeszcze nie wszystko stracone! Wiem, gdzie ona może teraz być – wykrzyknął nagle Kowalski.

- Gdzie? – zapytała zdumiona brunetka.


- W pewnym miejscu niedaleko Central Parku. Sam nieraz tam przychodziłem – wyjaśnił Naukowiec.


- Nie ma czasu do stracenia! – wkrzyknęła radośnie Candy – Gdzie to jest?

- Wolałbym iść tam sam. To moje… osobiste miejsce przemyśleń – odparł zakłopotany chłopak.

- Powodzenia – powiedziała brunetka dźwięcznym głosem – Trzymam kciuki, żeby Cass tam była.

Posłała mu jeszcze słaby uśmiech i wróciła na wybieg pingwinów. Strateg zaczął działać natychmiast. Szybkim krokiem podążał do swojego miejsca ukrytego wśród drzew. Zajęło mu to kilka minut. Gdy był już blisko, w oddali ujrzał ciemną postać siedzącą nad wodą. Księżyc rzucał bladą poświatę na jej złote włosy. Pingwin uśmiechnął się w geście triumfu. Znalazł ją.

***

Dlaczego tak trudno jest odejść? Zapomnieć o wszystkich pięknych chwilach. Sprawić, by wszystkie wspomnienia odeszły w niepamięć… DLACZEGO?

Te pytania wciąż nurtowały młodą pingwinkę. Siedziała nad brzegiem rzeki, zapatrzona w ciemną toń. Wiatr rozwiewał jej włosy, a z oczu skapywały serbrzyste łzy.

Nagle zlotowłosa ułyszała za sobą chrzęst suchej gałązki. Nie przejęła się tym zbytnio.

-” Pewnie to wiewiórka”- pomyślała pingwinka.

Ale jednak pomyliła się. I to bardzo.

- Lubiłem tu kiedyś przychodzić – powiedział ktoś, a jego głos rozniósł się echem po okolicy.

Na ten dźwięk dziewczyna aż podskoczyła ze strachu, ale już po chwili rozpoznała do kogo należał głos.

- Kowalski?! Ale skąd ty tu się wziąłeś? Jak mnie znalazłeś? – zapytała mocno zaskoczona pingwinka.

Pingwin usadowił się obok Cassie i spojrzał w ciemną taflę wody. Zignorował jej pytanie i powiedział:

- To miejsce mnie uspokaja.

-
Nie tylko ciebie – odparła blondynka.

Chłopak spojrzał w jej zagubione oczy, ale ta skutecznie unikała czujnego wzroku Stratega.

- Jeśli chodzi ci o to co do ciebie powiedziałam wcześniej w parku, to zapomnij o tym – powiedziała bezbarwnie – To nic nie znaczyło.

- Czyli chcesz powiedzieć, że wcale mnie nie kochasz?

- Ja… ja lubię cię – wydusiła z trudem, choć jej serce krzyczało zupełnie co innego.

Pingwinka wbiła wzrok w ziemię. Chłopak się przemógł i ostrożnie pogładził ją po śnieżnobiałym policzku. Ona wciąż wpatrywał się w swoje stopy.

- Cassie, spójrz na mnie – powiedział cicho.

Blondynka uniosła głowę i spojrzała mu prosto w błękitne oczy. Biło z nich ciepło.

- Nie chcę twojej litości – powiedziała sucho.

- Nie lituję się nad tobą – odparł po czym dodał po chwlli myślenia – Dlaczego zadajesz ból samej sobie?

- Ja… po prostu inaczej się nie da – odparła łamiącym się głosem – Wiesz, kiedyś miałam marzenia, a potem świat mi to wszystko zabrał.

- A teraz… nie masz żadnych marzeń?

- Miałam jedno… – odpowiedziała cicho.

- Jakie? – zapytał zaciekawiony Naukowiec

-Nieważne, nic ciekawego. Muszę już iść – odparła wymijająco podnosząc się z ziemi – I przepraszam za to wyznanie w parku..

- Czekaj – powiedział pingwin chwytając ją za skrzydło.

Blondynka chciała się wyrwać, ale Kowalski jej na to nie pozwolił. Obrócił ją ku sobie.

- Nie poznałaś jeszcze mojej opinii na temat tego… wyznania – szepnął.

Po tych słowach pingwin przysunął się do niej niebezpiecznie blisko i objął w pasie.
Dzieliło ich tylko kilka centymetrów. Chłopak spojrzał w jej oczy i powoli pokonał barierę, która ich dzieliła. Ich dzióbki złączyły się w delikatnym pocałunku. Byli teraz jak dwie zbłąkane dusze, które znalazły drogę ku sobie i w końcu się spotkały. Po chwili powoli odsunął się od niej na kilka centymetrów.

- Dlaczego to zrobiłeś? – szepnęła.

- Czy miłość do ciebie jest wystarczalnym dowodem? – zapytał z lekkim uśmiechem.

W jego oczach pojawiły się figlarne iskierki.

- Tak – szepnęła, wtulając się w jego piórka.

Momentalnie napełniło ją uczucie błogości.
Księżyc świecił otaczając jasną poświatą cały park. A oni – przytuleni wpatrywali się w ciemną, nieruchomą toń. Byli spełnieni. Szczęśliwi. Do czasu, gdy ta piękna
chwila pękła jak bańka mydlana.

- Wróć ze mną do bazy – poprosił Strateg wstając.

- Nie wiem czy to dobry pomysł.

- Cassie, proszę! Musisz wrócić! – zwrócił się do niej błagalnym tonem – Nie rań mnie – dokończył ze smutkiem.

Pingwinka westchnęła.

-Dobra, zostaję.

- Świetnie! – powiedział uradowany chłopak – Wracajmy do bazy.

Powrót zajął im kilka minut. Szli obok siebie, trzymając się skrzydełka. W końcu weszli przez tajemny właz na wybiegu i znaleźli się w samym sercu bazy. O dziwo ninikogo w niej nie było.

- Gdzie są wszyscy? – zapytała pingwinica.

-Dziwne. Powinni tu być już dawno- odpowiedział Naukowiec.

Cassie wyszła na środek pomieszczenia. Nagle poczuła lekkie ukłucie w miejscu, gdzie miałaby szyję, gdyby była człowiekiem.

- Kowalski, co to jest? – zapytała wyciągając sobie strzałkę z ciała.

Pokazała ją Naukowcowi
.

-Co?! To przecież są strzałki usypiające!- wykrzyknął spanikowany.

Dziewczyna zaczęło jej się kręcić w głowie i powoli traciła przytomność.
W końcu utraciła przytomność i upadła. Pingwin nawet nie zdążył dokończyć, bo przed jego oczami pojawiła się ciemność.

Po chwili z kąta wyłoniły się dwie czerwone postacie. Były zadowolone z dobrze wykonanej robocie.

- Mamy już komplet pingwinów -skwitowała pierwsza postać.

- Doktor Bulgot będzie zadowolony – dodała druga.

Jak podobała się wam ta notka? Wiem, była aż za słodka… Ale kolejne nie będą już słodkie. Planuje coś złego… Dobra, nie pisze więcej na ten temat , bo wszystko wygadam ;D

Jak tam u was pierwsze dni szkoly? :)  U mnie masakra. Przeraża mnie plan lekcji, ale no cóż trzeba jakoś przeżyć 2 gimnazjum -,-
Wybaczcie, że dawno nie byo nowej notki, ale nie miałam internetu :(
I dziękję wam za ponad 9000 wejść <3<3<3<3<3

Pozdrowionka ;**

Rozdział 24 „Gdy tak trudno jest odejść…”

Cassie z ponurą miną siedziała przy stole. Złote włosy miała zaplecione w skromny warkocz, a pod oczami wyraźne cienie – oznaki niewyspania. Nawet nie próbowała tego ukrywać pod warstwą makijażu. Wszystkie chęci uleciały z niej, jak z przekłutego balona. Była teraz wrakiem pingwinicy. Całą noc spędziła na 
rozmyślaniach, wspominaniu pięknych dni. Chwila rozstania z przyjaciółmi zbliżała się nieubłaganie. Postanowiła, że opuści bazę dziś wieczorem. Tak będzie najlepiej, przynajmniej pod osłoną nocy nikt nie zobaczy jej łez…

Teraz znów siedziała w samotności, próbując jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję. Miała na to dużo czasu, bo Kowalski i Candy byli w laboratorium, a reszta pingwinów poza wybiegiem.
Niespodziewanie do bazy wszedł Skipper, obdarzając pingwinkę przelotnym spojrzeniem. Widocznie już wrócił już ze swojej porannej wyprawy do Central Parku.

- Może kawy? – zapytał, widząc w jakim jest stanie.

- Tak, poproszę – odparła z wymuszonym uśmiechem.

Po chwili parujący kubek z aromatycznym napojem wylądował tuż przed nią.

- Ciężka noc? – zapytał siadając naprzeciw niej, z drugim kubkiem kawy w skrzydle.

Dziewczyna potaknęła głową. Po chwili w bazie nastało zupełne milczenie. Oboje delektowali się pyszną kawą. Ale w głowie Cassie toczyła się prawdziwa walka.

-” Powiedzieć mu czy nie? Jeśli mu nie powiem, posądzi mnie o zdradę, a jeśli dowe się o moich planach, nie pozwoli mi odejść „- myślała gorączkowo.

Ale w końcu się przemogła.

- Szefie, chciałabym odejść z ZOO.

Skipper słysząc jej słowa zachłysnął się kawą.

- Że co?! – wykrzyknął – Wytłumaczyć się natychmiast!

- To delikatna sprawa o podłożu osobistym – wyjaśniła blondynka.

- Nie pozwalam wam odejść, Cassie – odparł stanowczo Skipper.

- Naprawdę chcesz mnie tu trzymać jak w klatce jak więźnia? Naprawdę tego chcesz? – zapytała z rozpaczą w głosie.

- Mogłabyś wyjawić tajne informacje naszym wrogom .

- Czy ja według ciebie wyglądam na szpiega?

Skipper uważnie zilustrował ją wzrokiem. Wyglądała na taką bezbronną i niewinną. Nie mogła być szpiegiem.

- Nie, ale nigdy nie wiadomo.

- Ale szefie proszę, nie mogę tu dłużej żyć, nie mogę tak żyć – prosiła pingwinica.

- Niech ci będzie. Zgody udzielam – westchnął komandos – ale jeśli chciałabyś tu wrócić to pamiętaj, że przyjmiemy cię z otwartymi skrzydłami.

- Dziękuję, będę o tym pamiętać – odparła wzruszona dziewczyna – Tylko mam taką małą prośbę…

- O co chodzi?

- Chcę, by szef zachował w tajemnicy to, że chcę odejść – powiedziała bawiąc się pustym kubkiem po kawie – Przynajmniej do czasu, gdy opuszczę ZOO.

- Zgoda – odparł Skipper.

- Słowo honoru?

- Słowo honoru. – odpowiedział.

***

Dzień nieubłaganie zbliżał się do końca. Cassie skorzystała z okazji i poszła pakować swoje rzeczy do skromnej walizeczki. W sumie nie było ich wiele. Wreszcie wyciągnęła błękitny kawałek materiału – kocyk i przytuliła go. Był nieodłączną częścią jej obecnego życia. Pamiętała dzień, w którym go kupiła. Jej pierwszy dzień w bazie…

Od tego czasu minęło już pół roku. Sześć miesięcy nowego życia, wzlotów i upadków, poznawania prawdziwej siebie. Bardzo zmieniła się od tego czasu. Ale teraz musiała to wszystko porzucić…

Dziewczyna była tak zajęta pakowaniem, że nawet nie usłyszała dźwięku otwieranych drzwi.

- Co ty robisz? – nagle usłyszała za sobą kobiecy głos.

Blondynka obróciła się i zobaczyła swoją przyjaciółkę. Na jej twarzy malowało się zdziwienie.

- Yyyy nic – odparła niepewnie Cassie.

- Co tu się dzieje!? Własnej przyjaciółce nie powiesz?

Złotowłosa wbiła wzrok w swoje stopy. Nie mogła teraz spojrzeć w przenikliwe oczy Candy.

- Bo ja… ja chcę odejść z bazy- wyrzuciła z siebie.

- Że co?! Nie możesz odejść!

-Twoje protesty nic nie pomogą, nie mogę tu dłużej żyć.

- Dlaczego?! Bez ciebie nie będzie już tak samo! Potrzebuję cię – odparła Candy z nutką rozpaczy w głosie.

- Masz swojego Kowalskiego, więc ja ci jestem już niepotrzebna – powiedziala Cassie z bólem w głosie.

Nagle w oczach brunetki pojawiły się złote iskierki. Wszystko stało się jasne.

- Rozumiem, już wszystko rozumiem. Chodzi o Kowalskiego, prawda?

-Nie, wcale nie – zaprzeczyła szybko Cassie.

- Zbyt długo cię znam, bym uwierzyła w twoje kłamstewka – powiedziała brunetka.

- Zakochałaś się w nim?

- Nie.

- Nie pogrążaj się, ja to wiem. Po prostu boisz się miłości po tym co zrobił ci Paul i teraz próbujesz od wszystkiego uciec. Chcesz zapomnieć i zacząć nowe życie bez miłości? Cass, myślałaś że się w końcu nie zorientuje? Naprawdę? Nie jestem taka głupia, by tego nie zauważyć.

Blondynka spuściła głowę. Przyjaciółka przejrzała ją na wylot.

- Co to za różnica, czy się w nim zakochałam czy nie? I tak muszę odejść – powiedziała cicho Cass.

-Ej, Cassie, proszę nie odchodź – odezwała się brunetka błagalnym tonem.

- Nie mogę zostać. Postanowiłam dokończyć nasz plan i muszę to zrobić. Jedynie odejście to sprawi. Będę wtedy szczęsliwa.

- Szczęśliwa!? Naprawdę myślisz, że będziesz szczęśliwa, gdy nas opuścisz? Robisz sobie nadzieje. A gdzie będziesz mieszkać?! – wykrzyknęła Candy.

- Gdzieś na pewno – rzuciła w eter.

- Cass tak nie można! – wykrzyknęła mocno sfrustrowana brunetka

- Koniec rozmowy, i tak mnie nie powstrzymasz – wybuchnęła – Żegnaj na zawsze.

Po tych słowach Cassie porwała swoją walizkę i wyszła z bazy trzaskając drzwiami. Zostawiła za sobą zrozpaczoną Candy. Dziewczyna szybko otrząsnęła się z szoku. Było jeszcze jedno wyjście. Ostatnia szansa, by zatrzymać przyjaciółkę. Wybiegła z bazy w poszukiwaniu Kowalskiego. Znalazła go koło wybiegu dla małp. Zawzięcie pisał coś w swoim notatniku.

-Kowalski! Musisz mi pomóc!- wykrzyknęła na jego widok.

- Coś się stało? – zapytał zdziwiony.

-Tak! Cassie chcę odejść z ZOO!

- Dlaczego? – zapytał zaskoczony komandos.

- Nie ma czasu na zadawanie pytań! Ty jesteś ostatnią szansą. Musisz ja przekonać, żeby jednak nie odchodziła, szybko! – wyrzuciła z siebie Candy.

-Zgoda. Gdzie ona jest?

- Właśnie opuściła mury ZOO.

Chłopak rzucił okiem na bramę wejściową. Mimo, że już się ściemniało w dali mignęły mu złote włosy pingwinki. 


- Proszę, przyprowadź ją tu, całkiem straciła rozum – powiedziała Candy.


Kowalski pokiwał głową i pobiegł w pogoń za tą szaloną dziewczyną. Biegł wśród drzew.
Jej postać majaczyła się w oddali. Wykrzyknął jej imię.

Raz. Drugi. Trzeci. I nic.

Nawet nawoływania nie pomogały.
Dziewczyna ani myślała się zatrzymać. W końcu po wielu trudach udało mu się ją dogonić.


- Co ty tu robisz? – zapytała złotowłosa, ciągnąc za sobą małą walizeczkę.


- Nie chcę, żebyś odchodziła – wyjaśnił zdyszany Naukowiec.


- Muszę odejść – odparła ze smutkiem.

- To chociaż wytłumacz mi dlaczego – poprosił Kowalski.

Nie odpowiedziała.

- Cassie! Przyjaciół się nie zostawia bez słowa wyjaśnienia!

Dziewczyna wciąż milczała, zachowując kamienną twarz.

- Dlaczego chcesz odejść? Naprawdę chcesz zniszczyć przyjaźń, która nas łączy? – zapytał pingwin.

- Tylko, że ja czuję do ciebie coś więcej niż przyjaźń – szepnęła.

I pobiegła przed siebie, zostawiając zaskoczonego Kowalskiego samego.
Chłopak chciał ją zawołać, ale z jego dzioba nie wydobył się żaden dźwięk. Próbował za nią pobiec, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Stał tylko, patrząc jak złotowłosa pingwinka znika wśród drzew…

Witajcie :3

Dawno nie było nowej notki, wybaczcie… Złapał mnie leń pod koniec wakacji. Zwykle lubię pisać smutne rozdziały, ale tego jakoś nie mogłam dokończyć, ale wreszcie go napisałam :)

Co sądzicie o tej notce? Jak myślicie, co będzie dalej?

Czekam na wasze opinie :)

Pozdrowionka, Klaudia :****

 

Rozdział 23 „Decyzja”

Minął drugi dzień odkąd Kowalski stał się dzieckiem. Od tego czasu ani razu nie wyszedł z laboratorium. Próbował jakoś pomóc Candy, która z trudem radziła sobie z konstruowaniem nowego lasera. Poza tym nie chciał, by reszta załogi zobaczyła go w takim stanie.


Ale w końcu Skipper zaczął coś podejrzewać.


- Dlaczego Kowalski od dwóch dni nie wychodzi z laboratorium ? – zapytał złotowłosą pingwinkę.

- Jest bardzo zajęty… pracą – odparła wymijająco Cass.


- Mamy misję do wykonania, jest potrzebny tu natychmiast.



- Tylko… że on nie może – zawahała się – Przynajmniej nie w obecnej chwili.


- Czy ty coś przede mną ukrywasz? 


- Nie, nie! – odparła szybko.


Nie uwierzył jej. Coś mu tu nie pasowało i musiał to sprawdzić.


- W takim razie sam po niego pójdę – odparł i ruszył w stronę laboratorium.

Dziewczyna natychmiast zareagowała. Stanęła przed drzwiami blokując Skipperowi jedyną drogę wejścia.


- Nie! To ściśle tajne! – wykrzyknęła.


- Zejdź mi z drogi.


- Ale szefie… – zaczęła Cassie.


- W moim oddziale nie ma żadnego „ale” – odparł Skipper.


- Nie może szef tam wejść.


- Zejdź mi z drogi dobrowolnie, albo Rico ci w tym pomoże.


Dowódca skierował wzrok na pingwina stojącego kilka metrów od nich. Ten wypluł drewnianą pałkę i zaśmiał się psychopatycznie.


Cass wolała nie zadzierać z tym nieprzewidywalnym komandosem. Czasem przerażały ją jego zachowania. Spuściła swoją złotą główkę i odsunęła się od laboratoryjnych drzwi. Przegrała.
Gdy Skipper z hukiem otworzył drzwi, jego oczom ukazał się szokuący widok.



- Skąd tu wzięło się to dziecko? – zapytał zaskoczony.

- To nie dziecko, to Kowalski -westchnęła blondynka.


Skierowała swój wzrok na Naukowca. Jej smutne oczy wyrażały tylko jedno słowo -” Wybacz”.

- Wytłumaczyć się żołnierzu – Skipper zwrócił się do Stratega.


- Mój wynalazek – wyjaśnił – użyłem złego megafium i laser uczymił mnie bezbronnym, a dokładnie odjął kilkanaście lat.

- Ech, te wasze wynalazki,Kowalski – westchnął dowódca – Nie przydadzą się do niczego.


- Puci puci – wybełkotał Rico podchodząc do malutkiego pingwina.


Razem z nim przyszedł nawet Szreciu, przerywając swój serial o Słodkorożcach.

- Rico przestań! Jestem naukowcem, a nie dzieckiem do zabazwy! -obruszył się.


- Wiecie, co Kowalski? Ogoniasty chętnie się wami zaopiekuje – powiedział Skipper.


- Nie, nie tylko nie do Juliana! – wykrzyknął Strateg


- Dlaczego? – zapytała zdziwioma Cass.


- Pewnie pomyśli, że jego Pietrek wrócił – odparł


- Jaki Pietrek? – zapytała zdziwiona dziewczyna.


- To długa historia Cassie – przerwał Skipper – nie warta opowiadania.


- Doprawdy? Szef wtedy był taki słodki jako maluch! Jak cukrowa tęcza z drugiego sezonu Słodkorożców! – rozmarzył się młodzik.


- Szeregowy, nie przeginajcie ze słodkimi słówkami – skrzywił się.


- Ty byłeś dzieckiem? – roześmiała się złotowłosa.


Skipper natychmiast posłał jej mordercze spojrzenie, tak że uśmiech znikł z jej dzióbka.


- Panowie, ruszamy na misję – rozkazał Skipper – A wy Kowalski, macie iść do Ogoniastego.

- Szefie, ale ja mógłbym nadal wykonywać misje. Mój mózg jest taki sam jak wcześniej – odparł piskliwym głosikiem.


- Nie – powiedział stanowczo dowódca – Narobiłbyś tylko kłopotów.

- Szefie, ja mogłabym się nim zająć – zaproponowała Cass widząc błagalne spojrzenie Kowcia.

Skipper westchnął. Chętnie dałby się pomęczyć Kowalskiemu w towarzystwie Juliana, ale teraz były ważniejsze zadania do wykonania.

- Masz moje pozwolenie – powiedział i wyskoczył z bazy razem z pozostałymi komandosami.


- To… może chodźmy na zewnątrz? – zaproponowała Cassie.


Chłopak pokiwał głową i wziął się za wychodzenie po szczeblach. Niezdarnie wydostał się na górę. Na ten widok złotowłosa zaczęła się cicho śmiać.


- Co cię tak cieszy? – zapytał zirytowany.


- Śmiesznie wyglądałeś ” wspinając się” do wyjścia.


- Powiedziałbym ci to samo gdybyś też była dzieckiem – odparł obrażony.


Dziewczyna w odpowiedzi pogłaskała go po głowie. Ten spojrzał na nią groźnym wzrokiem.


- Wybacz, nie mogłam się powstrzymać – odparła siadając na wysepce na ich wybiegu – gdy byłam młodsza uwielbiałam małe dzieci.


Pingwin burknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi. Po chwili postanowił zmienić temat.

- Znamy się już tyle czasu, a nic o tobie nie wiem – powiedział pingwin.


- To zagrajmy w pytania -zaproponowała pingwinica.

-Jak się w to gra? – zapytał Kowalski.


- Na zmianę zadajemy sobie pytania o życie, przeszłość i tym podobne – odparła dziewczyna – Zaczynaj.


- Ulubiony smak lodów?


- Truskawkowe – odparła blondynka – A twoje?


- Czekoladowe. Ile masz lat?


- 23, a ty?


- 25 – odpowiedział.


Zadali sobie masę pytań. Atmosfera była bardzo radosna, ale w końcu ich rozmowa zeszła na inne tory.


- Jak ważna była dla ciebie Doris?


- Skąd o niej wiesz? – wydusił z trudem.


- Marlenka mi trochę o niej opowiedziała, czasem w nocy słyszałam jak wymawiałeś jej imię przez sen – wyjaśniła Cass.


- Była dla mnie wszystkim. Odrzuciła mnie 16,5 razy, ale w końcu zgodziła się być moją dziewczyną. A potem… potem umarła – zakończył ze smutkiem w głosie.


- Dlatego chciałeś się zabić? 


Chłopak pokiwał głową.

- Dziękuję – powiedział nagle.


- Za co? – zapytała zaskoczona blondynka.


- Za to, że nie pozwoliłaś mi wtedy odebrać sobie życia – odpowiedział.

-Teraz wiem, jak dużo mogłem stracić.


Spojrzał na nią swymi dziecięcymi oczkami. 


- Gdyby nie ty pewnie już dawno byłbym zimnym trupem.


Dziewczyna miała wrażenie, że Kowalski chciał jeszcze coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. Po chwili jednak otworzył dziób w zamiarze wypowiedzenia czegoś ważnego, gdy nagle oboje usłyszeli radosne okrzyki. Cassie od razu poznała ten głos. To Candy.

-Udało mi się! -wykrzyknęła wyskakując z bazy.

- Naprawdę? – Kowalski nie dowierzał jej słowom.


Zerwał się z miejsca i wrócił z Candy do laboratorium, a Cass poczłapała za nimi.
Już nigdy nie dowie się, co takiego Naukowiec miał jej do przekazania…


Laser zrobiony przez brunetkę wyglądał niemal jak orginał. Pingwinica wzięła go ostrożnie i przestrzeliła Stratega. Ten natychmiast powrócił do swojej normalnej postaci. 


- Wszystko dobrze? – zapytała słodko dotykając skrzydełkiem jego ramienia.


- Tak – odparł.


Znów to ukłucie w sercu. Powróciło ze zdwojoną siłą. Widok Candy z Kowalski m wywoływał u niej smutek. Właściwie to już sama nie wiedziała co się z nią dzieje. Musiała poukładać w głowie wszystkie myśli. Teraz.


- Wiecie co, to ja może już pójdę – powiedziała Cassie.


Wyszła z laboratorium, kierując się prosto do Central Parku. Po prostu nie mogła już tak żyć. Powoli zaczęła żałować niektórych decyzji. Zwłaszcza tych doctyczących Candy.

Smutek, tak idealny wypełniał ją całą. Rozpacz. Czuła się taka bezużyteczna. Jakby, ktoś wyssał z niej całą radość. Nagle dotarła do niej cała prawda. To miłość, ale bez wzajemności…

-”Niemożliwe! Jak mogłam do tego dopuścić? „- gorączkowała się Cassie.

To wszystko stawało się jeszcze trudniejsze. Wszystko się bardzo skomplikowało. Nie wiedziała co zrobić. Ale.. było jedno wyjście. Wciąż podszeptywane przez tajemniczy głos. To już zaszło zbyt daleko, by cokolwiek zmienić.

Nie ma odwrotu. Już postanowiła.

Odejdzie.



Witajcie!
Wczoraj nie mogłam dodać notki bo coś mi wypadło i nie zdążyłam napisać.
Wybaczcie.
I dzisiaj piszę późno w nocy, więc możecie
spotkać kilka błędów. Nawet w wakacje nie mam czasu na pisanie -,-
Co sądzicie o tej notce? Jak według was się to dalej potoczy?
Zapraszam was do komentowania :) To przecież nie
boli :D
Życzę wam miłej końcówki wakacji.
Pozdrowionka dla wszystkich :**

 

Rozdział 22 „Fatalna pomyłka”


Dlaczego ten głos wciąż ją prześladował? Lodowatym tonem szeptał jej do ucha te dwa słowa: „Musisz odejść”

Dlaczego? Nie wiedziała.

Wciąż ostrzegłał ją przed cierpieniem. Wiele się w swym krótkim życiu nacierpiała, więc co mogło ją jeszcze spotkać? Bała się o tym myśleć. Los przes ostatnie lata jej nie oszczędał.
A jeśli to coś mówiło prawdę? Od tego czasu wciąż przejmował ją strach. Nawet teraz siedząc w bazie, gdzie powinna czuć się bezpieczna czuła się jak w klatce…


Nagle z rozmyślań wyrwał ją głos przyjaciółki.


- Może chcesz zobaczyć nowy wynalazek Kowalskiego? – zapytała podając Cass, szklankę wody – Dziś go będziemy testować.


- Czemu nie – odparła wyższa pingwinka


- Ale mam jeden warunek – powiedziała Candy. 


- O co chodzi? 


- Musisz jeść – powiedziała bruneka – odtąd nie ma już oddawania Rico swoich posiłków, zgoda?


Złotowłosa przez dłuższy czas zastanawiała się nad słowami, które przed chwilą wypowiedziała jej przyjaciółka.


- Cassie, chyba nie chcesz by sytuacja z omdleniem się powtórzyła?


To ostatecznie przekonało dziewczynę na ten warunek. Przeszły ją dreszcze na wspomnienie nicości i przerażającej aury, która tam panowała. Nie chciała doświadczyć tego po raz kolejny…


- Dobra, już dobra nie będę oddawała Rico jedzenia.


Candy spojrzała na nią uważnie. Nie chciało się jej wierzyć, że tak szybko przystała na warunek.

- Naprawdę? – zapytała wciąż niedowierzając jej słowom.

- Tak – odpowiedziała stanowczo Cassie.


Tym razem uwierzyła w jej słowa. W jej oczach zobaczyła szczerość. Na jej dzióbku pojawił się lekki uśmiech.

- Więc chodźmy do laboratorium – odparła zadowolona Candy i ruszyła w stronę drzwi.


W pomieszczeniu dziewczyny zobaczyły Kowalskego, który pochylał się nad jakimś urządzeniem i zawzięcie coś analizował. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na promień. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że dziewczyny weszły do laboratorium. Tak zatracił się w swoim małym świecie, że nic poza nim nie widział.


- Kowalski, kiedy zaczynamy? – zapytała Candy.


Nie zareagował. Zupełnie, jakby był nieobecny duchem…


- Kowalski! 


Krzyk brunetki wyrwał go z zamyślenia.


- Co się stało? – zapytał zdezorientowany.


Candy tylko westchnęła.

- Pokażesz nam w końcu ten wynalazek? – zapytała.


- Tak, tylko potrzebuję jeszcze sześć uncji megafium 335 – odparł.


- Gdzie jest to megafium? – zapytała niższa pingwinica.


Pingwin w odpowiedzi wskazał rząd starannie poukładanych fiolek znajdujących się na drugim końcu laboratorium.


- Zielona substancja po prawej stronie.


Candy odszukała fiolkę. Dla upewnienia przeczytała etykietkę na probówce. Napis był trochę niewyraźny i nie mogła odczytać ostatniej cyfry, ale była pewna, że to megafium, które potrzebuje Kowalski.

Podała
mu fiolkę i czekała razem z Cassie, aż Naukowiec skończy swe dzieło.
Ostrożnie wlał substancję do specjalnego pojemnika w wynalazku i zaprezentował go dziewczynom.

- Przedstawiam wam laser obronny – powiedział zadowolony pingwin trzymając w skrzydle niewielkie urządzenie.


- Kiepska nazwa – zauważyła złotowłosa.


- Jeszcze się ją zmieni. Jestem otwarty na propozycje.


- A do czego to coś służy? – zapytała zaciekawiona Cass.


- Ma chronić przed różnego typu obrażeniami.


- Czyli ktoś może mnie dźgnąć nożem i nic mi się nie stanie? – spytała Candy.
-

Coś w tym rodzaju. A na dodatek osoba przestrzelona moin promieniem będzie silniejsza i sprawniejsza.


- Nieźle. Jak będziesz chciał sprawdzać, czy laser ochronny działa?


- To proste – powiedział – przygniotę sobie skrzydło kotwicą, a potem spróbuję ją podnieść.


Podał brunetce laser.


- Strzel tym do mnie.


- Ale czy to na pewno jest bezpieczne? – wtrąciła się Cass.


- Phi, to przecież mój wynalazek! – odparł pingwin.


Spojrzała na niego wzrokiem pełnym wątpliwości.


- Może czasem moje wynalazki są niebezpieczne, ale teraz wszystko pójdzie z planem.


Po tych słowach stanął kilka metrów od pingwinic i poczekał, aż Candy strzeli promieniem. Rezultat był natychmiastowy, ale… nie tak miało być. 


Dziewczyny przez chwilę zszokowane patrzyły na Kowalskiego.


- Coś nie tak? – zapytał dziwnie wysokim głosikiem.


- Wiesz, chyba coś poszło nie tak – odparła Candy z trudem – stałeś się bezbronny jak dziecko.


- W sumie to jesteś teraz dzieckiem – dodała Cassie.


-Co?!


Złotowłosa przyniosła małe lusterko. Zamiast naukowca, którym niezaprzeczalnie był, w odbiciu zobaczył małego i bezradnego pingwina z wielkimi niebieskimi oczami. 


- Co się stało z laserem?! Candy pokaż mi go natychmiast!


Pingwin w skupieniu szukał przyczyny fatalnego błędu. Nie zawiniły jego obliczenia, więc co? Nagle jego wzrok trafił na napis na fiolce zielonej substancji.

- To nie było to megafium! – krzyknął – dałaś mi 336, a miało być 335!


- Było zamazane, ja… byłam pewna, że to było 335 – powiedziała skruszona Candy.


- Nie ma czasu na pogaduszki. Wrócę do normalności, gdy przestrzelisz mnie jeszcze raz – wytłumaczył i z powrotem wcisnął laser w skrzydła Candy po czym wrócił na swoje miejsce.


Dziewczyna przygotowała się do kolejnego strzału, gdy nagle wynalazek zapalił się. Pingwinica momentalnie wypuściła go ze skrzydełek i rzuciła na ziemię tak, by się nie popażyć.

- Pali się! – krzyknęła przerażona.


Cass zareagowała natychmiast. Pobiegła po wiadro wody i wylała na palący się wynalazek. Na szczęście udało się jej ugasić ogień.
Po chwili ich oczom ukazały się zwęglone szczątki, które były już bezużyteczne.


- Nie, nie to nie może dziać się naprawdę – zaczął rozpaczać Kowalski – to tylko sen, prawda?!


- Wiesz, nie róbmy sobie złudnych nadziei – powiedziała Candy – to się dzieje naprawdę.


Mały pingwin nie mógł w to uwierzyć. Był teraz dzieckiem. Bezbronnym. Wszystko stracone…

Podszedł do najbliższej ściany i zaczął z całej siły walić w nią głową.


- Kowalski! Zrobisz sobie jeszcze krzywdę! – zmartwiła się Cass.

- Muszę. Wybudzić. Się. Z. Tego. Koszmaru – powtarzał uderzając w ścianę.


- Ty wcale nie śpisz! – wykrzyknęła Candy – Ogarnij się w końcu!


- Nie mogę – powiedział piskliwym głosikiem.


Cass delikatnie odciągnęła go jak najdalej od ściany. Jeszcze zrobiłby sobie coś złego. Teraz już nie był starym Kowalskim, tylko dzieckiem, którym trzeba się opiekować.


- Trzeba jak najszybciej naprawić laser obronny – powiedział maluch – Nie mogę zostać już taki na zawsze! Nauko dlaczego mnie tak doświadczasz?!

- Nie martw się, na pewno coś na to poradzimy, zgadza się Cass? 


Przyjaciółka pokiwała głową i zmusiła się do uśmiechu.


- A jest na to jakaś szansa? – zapytał bezbarwnie Kowciu.

Była szansa. Maleńka jak ziarnko piasku, która tliła się w ich sercach. Wystarczy mała iskra wiary, aby ją rozpalić. Nadzieję. A wtedy wszystko pójdzie dobrze…

 

Witajcie ;D

Na początak: Dzięki z 8000 wejść. Jesteście kochani :************
A tak ogólnie to zrobiłam sobie chwilkę przerwy od pisania. Za ten czas po raz drugi przeczytałam trylogię Igrzyska Śmierci i wena wróciła ;) Teraz mogę pisać dzień i noc xDDD
A więc co sądzicie o nowej notce?
Czy spodziewaliście się Kowalskiego jako małe dziecko? xD
Jak myślicie, naprawią jakoś to wszystko??

Jak zwykle czekam na wasze opinie. Komentujcie! To dla mnie wiele znaczy…   

Pozdrowionka :******

Rozdział 21 ” Don’t worry „

Minął miesiąc. Calutki miesiąc, odkąd umarła Marlenka. Cassie codziennie rano przychodziła z kwiatami na jej grób. Zazwyczaj niosła fiołki – były to jej ulubione kwiaty. Zawsze widziała je w habitacie swej przyjaciółki. Do czasu, gdy jej zabrakło na tym świecie… Blondynka spojrzała na pobliskie drzewa. Liście zaczęły pomału opadać.
Bo w końcu nadchodziła jesień, liście zmieniały swe kolory i wirowały na wietrze, by w końcu z gracją wylądować na mogile.

Czasem na grobie Marleny spotykała Skippera. Tak było i dziś. Stał pochylony i pogrążony w zadumie, smutnym wzrokiem wpatrując się w miejsce, gdzie pochowana była wydra. Podeszła do niego i zapytała cicho.

- Wciąż nie możesz zapomnieć?

Nie odpowiedział. Spojrzał na nią pustym wzrokiem. A w jego oczach zobaczyła smutek i cierpienie.

- To była moja wina – powiedział po długiej chwili milczenia.

- Nie to nie twoja wina, tak miało być, takie było jej przeznaczenie – odparła blondynka.

- Ale gdybym nie zabrał jej na spacer wciąż by żyła.

Nastąpiła cisza.

- Kochałeś ją, prawda? – zapytała.

- Była moją najlepszą przyjaciółką – odparł wymijająco.

- Kochałeś ją, widzę to po twoich oczach, a teraz cierpisz z powodu jej straty – stwierdziła – I wciąż nie wierzysz w to co się stało.

Dowódca spuścił głowę. Przejrzała go na wylot.

- Ale skąd ty to wiesz? – zapytał zaskoczony.

- Życie wystawiło mnie na większą próbę… – rzuciła po czym zniknęła wśród drzew.

Pingwinica postanowiła wrócić do bazy. Gdy wskoczyła przez właz poczuła zapach świeżej ryby. Wszyscy z wyjątkiem Skippera siedzieli przy stole zajadając się pyszną rybą.

Omiotła spojrzeniem całą bazę, zatrzymując wzrok na Candy. Siedziała zaraz obok Kowalskiego, prowadząc z nim rozmowę na temat jakiegoś nowego wynalazku.
Cass usiadła obok Rico i zaczęła wpatrywać się w swoją porcję ryby. Nie miała ochoty na jedzenie.

Przelotnie spojrzała na rozmawiających. Dużo się zmieniło od incydentu z ciastem. Jej inteligentna przyjaciółka szybko zaprzyjaźniła się z Kowalskim, a ona… ona czuła się samotna. Gdy Candy całymi dniami przesiadywała w laboratorium, Cassie snuła się bez celu po ZOO. Czuła się jakby znów była niepotrzebna. Czasem zastanawiała się czy dobrze zrobiła, proponując Candy przyjazd do ZOO…

Spojrzała na Kowalskiego. Widać po nim, że był szczęśliwy. Plan działał. Teraz wystarczało, by zakochał się w Candy i będzie po sprawie. 
Lecz zamiast satysfakcji z prawie udanego planu Cass poczuła bolesne ukłucie w sercu.

- „Co się ze mną dzieje?!”- zapytała się w myślach – ” Powinnam cieszyć się, że plan działa, bo sama go wymyśliłam i wcieliłam w życie. Dlaczego teraz się nie cieszę?!”

Przerwała smutne rozmyślania i przeniosła wzrok na swoje śniadanie. Wiedziała, że nic nie przełknie.

- Rico, chcesz może moją rybę? – zapytała.

Psychopata pokiwał głową i łapczywie wziął od blondynki rybę. Potem wypluł słoik majonezu i wyłożył całą zawartość na rybę. Spojrzał na swoje dzieło jak drapieżnik na ofiarę i szybko zjadł wraz z pustym słoikiem.

Dziewczyna tylko wykrzywiła swój śliczny dzióbek i odgarnęła złote włosy. Patrząc na Rico chciało jej się wymiotować.

- „Muszę stąd wyjść” – przyszło jej na myśl.

- A gdzie szef? – zapytał nagle Szeregowy.

- Poszedł odwiedzić grób Marlenki – odparła Cass.

- Ach, tak – powiedział smutno fan słodkorożców.

Blondynka nie wytrzymała. Musiała się stąd uwolnić. Szybko wstała ze swojego miejsca i wyszła z bazy.

- Muszę się przewietrzyć – powiedziała nagle Candy przerywając swoją dyskusję z Kowalskim i także wyszła.

- Cassie, zaczekaj! – zawołała.

Blondynka zatrzymała się na dźwięk jej głosu.

- Przepraszam, zaniedbuję cię ostatnio – powiedziała
 skruszona, gdy już dogoniła przyjaciółkę – Z dużo czasu zabiera mi realizacja planu.

- Nie przejmuj się, jakoś sobie radzę – odparła – Właśnie, a jak tam nasz plan? Są jakieś postępy?

- Tak, idzie świetnie. Myślę, że wkrótce przejdę do drugiego etapu – powiedziała brunetka z uśmiechem.

- To super, szybko poszło.

- Cass martwię się o ciebie – zmieniła temat Candy.

- Nic mi nie jest – odparła.


Przyjaciółka obdarzyła ją czujnym spojrzeniem.

- Myślisz, że nie widziałam jak oddałaś Rico swoje jedzenie?

- Nie byłam głodna – wytłumaczyła Cass.

- Ale nie chodzi mi o dzisiejsze śniadanie – powiedziała twardo brunetka – robisz tak od
kilku dni.

Dziewczyna nie mogła wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. Po prostu widok jedzenia wprawiał ją w obrzydzenie i nie wiedziała dlaczego. Nie miała ochoty na rozmowę z przyjaciółką.
Cass popatrzyła w stronę Central Parku .

Chciała tam iść i w samotności wszystko jeszcze raz przemyśleć. Zaczęła iść szybkom krokiem zostawiając za sobą zmartwioną Candy.

Nagle cały świat zawirował wokół niej.

A potem była tylko ciemność.

I nic więcej.

***

Ciemność. Pustka.
 Wszędzie.

- ” Gdzie ja jestem? ” – pomyślała Cassie.

Usłyszała za sobą cichy szept. Był tak przenikliwy i zimny, że aż przeszły ją dreszcze.

- Odejdź z bazy – szepnął głos.

Odwróciła się. Za nią nikogo nie było. Zobaczyła tylko wszechstronną pustkę. Głos dochodził znikąd.

-Gdzie jesteś. Pokaż się! – odparła przerażona dziewczyna.

Nie usłyszała odpowiedzi.

-Kim jesteś? – zapytała cicho Cass.

- Twoją przyszłością.

- Że co?!

- Ostrzegam cię, musisz odejść – zasyczał głos.

- Dlaczego?

- Odejdź, a nie będziesz cierpiała – usłyszała w odpowiedzi.

- Nie zrobię tego! – krzyknęła – Tu jest całe moje życie! Nie mogę tak po prostu odejść!

- Musisz odejść – głos teraz wciąż rozbrzmiewał w jej głowie.


Nagle usłyszała, że ktoś wymawia jej imię. Powoli wracała do przytomności. Ciemność zniknęła. Otworzyła oczy. 
Pingwinka zobaczyła zmartwioną twarz najlepszej przyjaciółki.

- Cassie, Cassie obudź się! – powtarzała gorączkowo jej przyjaciółka.


- Co się stało? – zapytała słabo blondynka.


Candy westchnęła z ulgą słysząc jej głos. 


- Straciłaś przytomność na kilka minut – odparła po chwili – I uderzyłaś głową w drzewo.


Dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę co się właściwie dzieje. Leżała na trawie w parku i nie miała pojęcia jak się tu znalazła. Poczuła okropny ból w głowie.

- Nic ci nie jest? – zapytała troskliwie Candy.


- Nic poza poza tym, że okropnie boli mnie głowa- odparła.


- Chodźmy do bazy, znajdę ci jakieś tabletki.


Pingwinica powoli podniosła się i razem z przyjaciółką poszła z powrotem do bazy. Gdy odchodziła wciąż rozbrzmiewał w jej głowie ten zimny głos, nakazując jej odejść. Nie wiedziała co robić…

- „Nie dam się zwieść. Nie odejdę” – postanowiła -” Nigdy”

 

Witajcie znowu :3

Jak podobała się wam ta notka? Ostatnio nie mogłam nic napisać .Wakacyjny brak weny :/ Dawno nie było nowej notki, ale teraz postaram się je dodawać regularnie.                                     Notka jest dziś z okazji… urodzin mojej prababci :D I zagadka dla was:

Zgadnijcie które to urodziny ;)

Jak zwykle czekam na wasze komentarze. Komentujcie! To nie boli :)            Pozdrowionka :*